Andrzej Sikorowski


To trwająca około 45 minut biografia. Program w czasie którego Andrzej Sikorowski opowiada o sobie i swoim życiu, żonie, córce, grupie Pod Budą. Opinie swoje wyrażają również niżej wymienieni. Program przeplatany piosenkami. W realizacji programu wykorzystano również archiwalne nagrania telewizyjne.  Reasumując - jest to prawdziwa biografia przez duże B!


Nie jestem pamiętliwy, nie umiem się obrażać na długo, nie umiem chować urazy, nie potrafię się mścić, więc to nie jest próba kreowania się na Baranka Bożego, ale ja jestem człowiekiem łagodnym. Nie widzę więc powodu, żeby moje piosenki nie były ciepłe. Po prostu jestem rodzinnym, chyba dosyć ciepłym gościem...
Bohdan Smoleń - filar Kabaretu Studenckiego "Pod Budą", zaproponował mi bym przyszedł do tego kabaretu na wakacyjne zastępstwo. Chodziło o to, że kabaret miał podczas wakacji występować dla grup turystycznych, codziennie w swojej piwnicy przy ulicy Jabłonowskich, a ich wokalistka - graczynka Chariklia - wyjeżdżała do swojego rodzinnego kraju na wakacje. Smoleń więc użył mnie jako zastępstwa, żeby nie powiedzieć "zapchaj-dziury". Chodziło po prostu o to, żeby ktoś za Chariklię pośpiewał. Ja się na to zgodziłem, po czym jesienią Chariklia wróciła ze swoich wakacji. Tak się stało, że ja w kabarecie zostałem, a ona wróciła na swoje daewne miejsce by... potem zostać moją żoną. 


Chariklia Sikorowska

Nie zauważa tego, że jest popularny, jemu to nie przeszkadza w związku z tym, i dlatego nam się też żyje jakoś normalnie z nim. To nie jest taki artysta przy którym trzeba chodzić na palcach, bo właśnie tworzy, bo ma wenę, bo coś... Nie, to nie jest tak... On nie siada przy biurku (bo nawet biurka nie ma), tylko pisze gdzie popadnie: przed telewizorem, przy jakimś programie sportowym bo uwielbia sport, czy w łóżku - w nocy obudzi się i zaczyna coś pisać... To wszystko odbywa się całkiem normalnie. To nie jest taki artysta, dla którego dzień bez autografu jest dniem straconym.


Andrzej Sikorowski

Urodziłem się w szpitalu przy ulicy Kopernika w Krakowie oczywiście, w znaku wagi, do czego przywiązuję pewną... wagę. Moi rodzice nie mieli ze mną większych kłopotów, niż rodzice moich rówieśników. Byłem zwyczajnym chłopakiem który w szkole podstawowej, większość czasu spędzał na podwórzu kopiąc piłkę, mniej przykładając się chyba do nauki, ale na tyle karnym i posłusznym, że jakoś bez problemu te szkoły po kolei kończyłem. Wiem, że byłem podobno dzieciakiem strasznie roztargnionym, to znaczy takim - moja mama zawsze mówi - gdzieś żyjącym zawsze we własnym świecie. Wiecznie gubiłem coś, to było zmorą moich rodziców. Potrafiłem przyjść z lodowiska - które nie było wcale blisko domu - w butach łyżwiarskich, bo zgubiłem buty, to znaczy mi ukradli... To wynikało z tego, że jakby o czymś innym zawsze myślałem...

Kamienica na Rynku, to jest dom rodzinny mojego ojca. Rynek 37. Pamiętam jak byłem małym chłopakiem, ojciec prowadził mnie i z podwórza pokazywał okna, w których spędzał swoje dzieciństwo.


Krzysztof Piasecki

Kiedyś na festiwalu robiłem kabareton i w tym kabaretonie miała wystąpić Wolna Grupa Bukowina. Oni mieszkali w jednym pokoju z Sikorowskim i Grupą Pod Budą. I przyszedł do mnie człowiek z grupy Bukowina i mówi:
- Wiesz, a może by jeszcze ci wystąpili bo oni też fajnie...
A ja mówię :
- Nie... bo to już zapięte mam właściwie do końca...
A oni:
- Ale wiesz, nam jest głupio, bo my tak śpimy prycza w pryczę, i tak łyso, że my na te próby, a oni tam w tym pokoju...
A ja mówię:
- Dobra, no to niech przyjdą...
I wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Grupę Pod Budą, i to właściwie - jak się później okazało - był pierwszy występ Grupy Pod Budą po odłączeniu się od Kabaretu, to było w 1977 roku na Famie w Świnoujściu. Dwa lata później oni wygrali ten festiwal gdzie "Kap, kap...", no i potem zaczęła się kariera. Ona tam czasem wyżej, czasem niżej, ale w tej chwili wydaje mi się mają fantastyczną pozycję.Taką mocną pozycję na panteonie sztuki estradowej.


Stanisław Zajączkowski

W sprawie ciastek to się idzie na ulicę Starowiśną. A sprawie zagrania poważnej rzeczy to się idzie do Starego Teatru. A jak trzeba coś zaśpiewać to się idzie po prostu do Sikorowskiego, bo to jest jakby taka rzecz oczywista. Sporo przeżyć mieliśmy przed laty, kiedy robiliśmy "Spotkanie z balladą" na lodowisku. Sikorowski namiętanie na próbach popisywał się swoją jazdą, i rzeczywiście nie najgorzej jeździł na tych łyżwach. Tuż przed końcem próby, tak haniebnie się wywrócił, i tak fatalnie potłukł sobie nos, że potem całą piosenkę, którą śpiewał oczywiście razem z zespołem, musiał śpiewać albo głębokim profilem, albo wręcz tyłem...


Adam Bujak

To co robi Andrzej, to jest wspaniałe. Jego poczucie humoru, jego znakomite teksty literackie, przecież to jest bardzo pięknie śpiewana poezja, poezja najwyższych lotów. Wspaniała muzyka, aranżacja... Właściewie wielu piosenkarzy mogłoby mu pozazdrościć, teraz w takiej dobie straszliwej amerykanizacji kultury, piosenki szczególnie. Ze wszystkich stron właściwie słyszymy wrzaski i ryki - tak można powiedzieć - amerykańskich pieśniarzy (często fatalnych). Andrzej utrzymał się rzeczywiście wspaniale przez tyle lat, i teraz pokazał to swoje osiągnięcie największe, poprzez nawet te piosenki, mnie utkwiła właśnie ta piosenka (mówiłem tutaj o amerykanizacji), utkwiła mi ta piosenka którą on przywiózł z Ameryki - jakby reminiscencje po jego podróżach amerykańskich. Pisze i śpiewa, że był tylko miesiąc, że właściwie tylko dotknął tej Ameryki, że jej nie poznał do końca, że widział różne sprawy - i zło i dobro, że właściwie trudno dokładnie powiedzieć...
Ale widzimy to co się dzieje teraz, on jest jakby odtrutką dla milionów polaków, odtrutką na to co się dzieje w eterze...


Andrzej Mleczko

Nie, nie... Andrzeja nie uczyłem rysować, z resztą nie miałoby to większego sensu ponieważ kiedy zobaczyłem jak narysował żyrafę, wydaje mi się, że jest to nieskończony talent plastyczny. Jakakolwiek edukacja tutaj nie jest potrzebna. Z resztą dowiedziałem się, że Andrzej w ogóle jest człowiekiem renesansu, nie tylko potrafi rysować żyrafę, ale również potrafi jeździć na łyżwach na przykład, potrafi on pływać i nurkować pod wodą, potrafi pisać książki i różne piosenki, ale to już wiedziałem wcześniej akurat... Potrafi wszystko.


Andrzej Sikorowski

Początkowo brałem lekcje prywatne gry na mandolinie, potem przez jakiś czas prywatnie uczyłem się grać na gitarze, kiedy mandolina już powiedzmy sobie jakby przestała mi wystarczać, stąd moja znajomość nut i umiejętność ich zapisywania na przykład, ale to w zasadzie jedyna wiedza muzyczna jaką posiadłem kształcąc się. Nie chodziłem do żadnych szkół muzycznych nigdy, i cała reszta, powiedzmy sobie pewien stopień opanowania gitary (moim zdaniem wciąż niewystarczający) to już były zupełnie samotne próby. Czyli w jakimś stopniu jestem samoukiem.

Ja do dziś nie wiem, czy ja mam talent wokalny, bo to by trzeba było jeszcze takie pytanie sobie zadać pewnie... Ja umiem śpiewać swoje piosenki (mam przynajmniej taką nadzieję), natomiast talent wokalny to kojarzy się od razu z jakimś śpiewaniem - powiedzmy sobie - poważnym, żeby nie powiedzieć operowym. Takiego talentu wokalnego być może nie mam, zwłaszcza, że nigdy swojego głosu nie szkoliłem i trudno by mi było nagle dobyć z siebie dźwięki oparte na przeponie, w jakiś sposób fachowe, na długim oddechu. Śpiewałem odkąd pamiętam - od małego dziecka i po prostu próbowałem pewnie powtórzyć to, czego uczyła mnie mama i ojciec na samym początku, potem to co słyszałem w radiu, aż w pewnym momencie wziąłem do ręki instrument - to była mandolina - by sobie zaakompaniować, bo moim marzeniem było zaakompaniować sobie do śpiewania.


Maryla Rodowicz

Mam kilka jego nowych piosenek. Poza tym Andrzej pisze teksty do różnych muzyk które mu wysłałam... To taka śmieszna poczta, bo Andrzej to potem wysyła pociągiem przez konduktora z Krakowa do Warszawy, trzeba biec na dworzec żeby to odebrać...
Andrzej... myślę, że on ma taką jasną duszę jak włosy.

Kraków to jest znana sprawa, że jest takim miejscem na ziemi bardzo szczególnym i, że te mury, historia i to wszystko: ta atmosfera, ten Rynek i mgły krakowskie tak działają na artystów, z resztą w ogóle na wszystkich krakowian, a zwłaszcza na artystów, no że oni są inni. Są różne nazwy, ja znam parę nazw przezabawnych, jedna nazwa to "podpiwniczeni". Krakowsy artyści to jest taki nurt: podpiwniczony


Andrzej Sikorowski

Maryla jest osobą niezwykle konkretną, bardzo zdecydowaną w wygłaszaniu sądów na swój temat i na temat otoczenia, i ja powiem szczerze, że ja ogromnie lubię pracować i w ogóle obcować z takimi ludźmi, bo ja zawsze - od początku doi końca - wiem czego się mogę po nich spodziewać. Ona nie próbuje udawać czegokolwiek w naszych wzajemnych kontaktach, domaga się by jej pisać piosenki - ona rzeczywiście potrafi się domagać: potrafi wydzwaniać i mówić że chce kolejną piosenkę - i rzeczywiście egzekwuje to jakby naciskając na mnie, a ja nie jestem osobą która łatwo i szybciutko piszec - jestem dosyć leniwy i przeważnie wszystko robię na ostatnią chwilę. Więc ona egzekwuje to, natomiast w perfekcyjny sposób potem się tą piosenką zajmuje, to znaczy: w momencie w którym ja piosenkę dla Maryli robię, wysyłam jej i ona ją akceptuje, to w zasadzie przestaje mnie to obchodzić.

Jest coś takiego, że jak Grupa Pod Budą przyjeżdża na przykład by robić program w telewizji załóżmy szczecińskiej, to mogę iść o zakład, i prawdopodobnie ten zakład wygram w 100%, że tam w scenografii pojawi się: stary patefon, jakaś pajęczyna, jakiś strych, jakieś coś... Nie wiem... My jesteśmy wiecznie identyfikowani z jakąś rupieciarnią i z jakąś taką - powiedzmy sobie - z taką antyczną i pomroczną troszeczkę atmosferą...

 

Kraków ma wszystkie znamiona miasta prowincjonalnego, z jego zgęszczoną atmosferą, z tym, że jest tak skonstruowany, że wszystko się w zasadzie toczy w obrębie plant, wszyscy się znają... On jest prowincjonalny. W Krakowie nie można zakasłać na jednym końcu miasta, żeby za parę godzin o tym nie mówiono na drugim. To jest najlepszy dowód, że to jest prowincjonalne miasto, ale mnie właśnie taki rodzaj prowincji odpowiada. Ja się tu świetnie czuję.


Anna Treter

Z takiej przygody chwilowej, z takiego studenckiego śpiewania, jakoś zupełnie niezauważenie przeszliśmy do śpiewania zawodowego. Stało się to przy pomocy FAMY - studenckiego festiwalu, przy pomocy Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie, wreszcie przy pomocy Festiwalu w Opolu w 1979 roku i trwa do dziś, z paroma przerwami, np. w stanie wojennym, czy też później pod koniec lat osiemdziesiątych kiedy mnie nie było dwa lata w Polsce. Ale skoro ludzie chcą nas dalej słuchać i skoro lubią te piosenki, lubią Andrzeja teksty, to po prostu robimy to do dziś.

Myślę, że największą anegdotą naszych wspólnych prawie dwudziestu lat jest fakt, że prawie wszyscy nas biorą za małżeństwo. Mimo wielokrotnych dementi, mimo tego, że Andrzej przedstawia swoją żonę w wielu wywiadach prasowych, telewizyjnych, jakoś tak to do nas przylgnęło... W Krakowie, może z racji tego, że mieszkaliśmy niedaleko siebie ciągle nas widywano razem, ale wydaje mi się również, że pokutuje coś takiego u nas w Polsce, że jak już śpiewają razem, to napewno są małżeństwem. Ale, bawimy się tym i nie mamy nic przeciwko temu.


Grzegorz Turnau

Różnica wieku między nami jest taka, że Andrzej jest dokładnie starszy ode mnie o maturę. To znaczy, że kiedy Andrzej zdawał maturę, ja właśnie ujrzałem świat. A jako człowiek nie tylko "podpiwniczony" ale wręcz oficjalnie "spiwniczony" i zdemoralizowany przez piwniczność wiem, że Andrzej nigdy nie z wiązał się z kabaretem Piotra S., nigdy nie doszło do wzajemnych wyznań miłości z kabaretem Piotra S. i nigdy nie doszło do prawdziwej współpracy. Ale dzieki temu, Andrzej zachował - przynajmniej dla mnie - taką atrakcyjność swojej twórczości, bo on się uchował jako jeden z nielicznych uprawiających bardzo pokrewny gatunek, od spiwniczenia. I dlatego jest ciągle taki świerzy.


Zbigniew Wodecki

Andrzej Sikorowski dostarcza mi wiele w zruszeń, ale bardziej - więcej nawet - radości i uśmiechu i za to mu chciałem podziękować, jak również za to, że dzięki jego osobie, udało mi się zagrać nareszcie w filmie, co było moim marzeniem. Ja myślę, że to jest taki nasz krakowski Bob Dylan, a może nawet nie krakowski a polski. Andrzej ubiera wszystkie konflikty w sobie tylko właściwy klimacik, gdzie pomiędzy łezką, walizeczką, ciotką a jakimś cieciem, jest jeszcze masę życia. Tych dobrych stron życia, tej refleksji jak walczyć z chamstwem, szarzyzną i stresami.


Anna Dymna

Co by tu powiedzieć o Andrzeju? My razem nie pracujemy, ja właściwie znam Andrzeja jako słuchacz jego piosenek i powiem szczerze, że ja jakby nie potrafię o tym mówić, bo po prostu Andrzej jest i nie wyobrażam sobie w ogóle życia bez jego piosenek, bo one towarzyszą całemu mojemu życiu. Jak mi jest smutno albo źle, czasem sobie posłucham jakiejś piosenki, coś mi tam słowa jakieś pokapią, takie proste, zwyczajne i to jakoś tak nam pomaga żyć. I nie wyobrażam sobie Krakowa bez Andrzeja, albo bez jego piosenek. I powiem, że on, to jest taki ciepły, taki normalny i taki... Jest takim człowiekiem jakiego zawsze nam brakuje koło siebie. My mamy do czynienia z rożnymi nerwowymi ludźmi, z nerwowymi sytuacjami, z pełnymi napięć, a Andrzej - tak mi się wydaje, cociaż to może być złudne (dowiem się na starość) - jest taki normalny, zwyczajny i dotyka w taki oczywisty sposób wszystkich naszych trudnych problemów.


Andrzej Sikorowski

Jak przestanę śpiewać, a sądzę, że stanie się to już niedługo - ja wprawdzie nie zakładam sobie jakiejś daty i nie mówię, że np. 1 stycznia 1997 zakonczę swoje spotkania z publicznością, bo to nie miałoby żadnego sensu, natomiast sądzę, że dłużej niż do 50 roku życia nie będę się tłukł po Polsce, i w momencie w którym przestanę się tłuc po Polsce, siądę w domu i spróbuję napisać...nie wiem, może książkę, chociaż teraz wszyscy piszą książki, może sztukę teatralną bo chodzi mi coś takiego po głowie. Ale za wcześnie jakby o tym mówić, muszę mieć po prostu na to czas, a tego czasu wiecznie mi brakuje.


Scenariusz i realizacja: Malina Malinowska - Wollen

W programie wykorzystano fragmenty filmów animowanych:
"Maurycy i Hawranek"
"Wędrówki Rzepa"


programów telewizyjnych:
"Spotkanie z balladą"
"Benefis Andrzeja Sikorowskiego"
"Irena Santor i jej goście"
teledyski tv Krzysztofa Haicha


oraz piosenki Andrzeja Sikorowskiego
"Bardzo smutna piosenka retro"
"W moim znaku waga"
"Lecz póki żyjemy"
"Nowy Rok"
"Po drugiej stronie życia"
"Nie pytajcie mnie jak było"
"Rozmowa przez ocean"
"Ale to już było"
"Kraków, Piwna 7"
"Mglista piosenka o moim Krakowie"
"Nie przenoście nam stolicy do Krakowa"
"Jak kapitalizm, to kapitalizm"
"Ballada o ciotce Matyldzie" muzyka. J.Hnatowicz
"Naftalinowy świat" muzyka. J.Hnatowicz
"Dobra rada" muzyka G.Turnau


POWRÓT DO PROGRAMÓW TELEWIZYJNYCH


STRONA NALEŻY DO SERWISU
www.podbuda.art.pl
Webmaster
Michał Czejgis
Design by daltonprojekty 2001-
All rights reserved